Menu

W roli rodzica z ASD w tle

Mam autyzm,własne dzieci i nie zawaham się o tym pisać.

Rodzicielstwo kaktusowe- rozważania po lekturze.

mamza

Robiąc świąteczne porządki, natknęłam się na zaświadczenie o udziale w "szkoleniu" pt. "moje życie z zespołem aspergera" dr. Schmidta. Ubawiło mnie to setnie. Tak, byłam na takim przyjemnym spotkaniu i poznałam pana Petera. Bardzo interesujący człowiek. Kupiłam wówczas książkę "Kaktus na walentynki czyli miłość aspergerowca", mimo że określenie: aspergerowiec brzmi dla mnie okropnie. Właśnie skończyłam ją czytać, co stało się dla mnie motorem do napisania tego postu.

 

Od Petera Schmidta różnię się płcią, zainteresowaniami i wiekiem, jednak bez problemu mogłam się z nim identyfikować. Peter podobnie jak ja, długo marzył o rodzinie, domu z własnymi dziećmi i dążąc do tego celu pokonał wiele swoich ograniczeń. Pisanie Schmidta odznacza się głębokim stopniem autorefleksji i uważności. Ja też uważam się za osobę głęboko refleksyjną i zorientowaną na samorozumienie. Podobnie jak ja, o tym, że Peter jest autystyczny, dowiedział się jako dorosły człowiek i rodzic dwojki dzieci. I podobnie do mnie, zderzył się mocno z rzeczywistością rodzicielską.

 

Jego pisanie mnie urzekło. Bardzo bliskie mojemu doświadczeniu było opisywane przez Petera docieranie do własnych "braków" i próby nadrabiania ich treningiem prowadzenia pogawędek ku uciesze otoczenia i wyczerpaniu samego zainteresowanego. Zakończenie mnie jednak rozczarowało. Właściwie nie rozczarowało a poważnie zasmuciło. Na łamach "Kaktusa" autor opisuje swoje życie i strategie dążenia do celu. To cudnowne towarzyszyć mu w nieustannym przekraczaniu własnych granic. Aż do samego końca, gdzie zrobiło mi sie bardzo, bardzo smutno, choć wciąż blisko... "tak bardzo chciałem mieć dzieci, a teraz jestem zrozpaczony" pisze Peter... jakie to ... "moje"...

 

Bliski mi był fragment, w którym autor wspomina książkę "konferencja rodzinna", z której to wytyczne stały się podmurówką pod zasady panujące w jego rodzinie. W jednym akapicie streścił je jako aktywne słuchanie, konsekwentne konstruowanie wypowiedzi od "ja", brak kar i nagród itp... wypisz wymaluj zasady ze szkoły dla rodziców i książek Mazlish i Faber do których cyklicznie wracam. W jednym akapicie zawarł pozytywy życia stworzonej przez siebie rodziny. Poza tym ... pesymistycznie...

 

Dzieci okazały się być za głośne i denerwujące (dlaczego nie mogą być takie ja ja w ich wieku?- pyta autor), do dzieci przychodzą równie głośni i denerwujący rówieśnicy (od samego czytania zabolała mnie głowa). Mocno zdezorientowała mnie opowieść o tym jak Peter daje się zaciągnąć swoim RaRa (dzieciom) na przejażdżkę po domu strachów, która była dla niego sensorycznie okropnym doświadczeniem. Dlaczego to zrobił? Bo RaRa się upierały?WTF...

 

Gwoździem do trumny symbolicznie i niemalże fizycznie okazała się strategia na mechanizm wybuchów Petera. Autor porównuje się do pięknego i tajemniczego wulkanu. Niestety wybucha, a dla dzieci nieprzewidywalność wybuchów jest trudna (generalnie wybuchy są trudne dla otoczenia) więc wymyśla z żoną strategię eliminacyjną: NIE PRZESZKADZAĆ PETEROWI. Opiekę emocjonalną nad dziećmi od tego momentu w całości przejmuje jego żona...

 

No to potem może już być tylko równia pochyła w dół pomimo autopocieszeń narratora, że chociaż jest emocjonalną pustynią to generalnie spoko i tak jest ciekawym ojcem. Niee – kolego. Poracha. Nic dziwnego, że ostatecznie w 2008 roku (bo od tego momentu ubezpieczenie zaczęło uwzględniać i takie przypadki) gotów jest popełnić samobójstwo. Nie dziwie się. Naprawdę. Ta ostatnia strategia (spierdalaczkowa) go niemalże zabiła. Pojawia się jednak brakujący puzzel – diagnoza.

 

Szanowny Panie Schmidt... nie jest pan emocjonalną pustynią. Jest pan głęboko czującym człowiekiem. Uwierzył pan ludziom, którzy mówili Panu, że jest nie ma pan podstaw do życia w społeczeństwie. Na sam koniec swojej cudownej drogi się Pan poddał – w tym jednym punkcie. Nie oceniam Pana. Wiem, co to znaczy rozbić się o siebie i swoje wyobrażenie rodzicielstwa. W tym jednak momencie kaktusowym zaprzepaścił Pan szansę na nowo odkrywać swoją emocjonalność przy emocjonalności dzieci, oddając je w ręce "bardziej kompetentnej" małżonki. Nikt nie jest w stanie zastąpić dzieciom ojca. Dzieci tak samo potrzebują akceptacji dla swoich emocji ze strony mamy jak i taty. Nawet jeśli któreś z rodziców jest w tym temacie mniej zgrabne.

 

Szanowni tatusiowie z ASD, nie dajcie sobie wmówić, że nie nadajecie się, by udzielać wsparcia emocjonalnego swoim dzieciom. Niech mają się na baczności szczególnie ci mężowie, co wybrali na swe partnerki kobiety o charakterze matkożony. Dla pocieszenia powiem wam, że takie odsunięcie emocjonalne często zdarza się też w neurotypowych rodzinach. To nie prawda, że mężczyzna jest jakoś gorzej wyposażony. Najczęściej jednak kobieta spędza z maluchem więcej czasu i naturalnie dłużej ćwiczy odczytywanie komunikatów osiągając w tym szybsze efekty. Pod moim ostatnim tekstem podpisało się sporo kobiet nieautystycznych. One również dźwigają to brzemię oczekiwań SuperMegaHiroŻony. I potrzebują was tak samo jak wasze dzieci.

 

Jestem ciekawa, jak się potoczyło dalsze życie Schmidta po diagnozie. Myślę, że kiedyś go o to zapytam. Mam nadzieję, że już się zorientował, że potrzebuje własnego pokoju we własnym domu (to był jakiś hardcore, że go nie miał), że już wie, iż nie wchodzi się na karuzelę z dziećmi jeśli ma się z tego powodu cierpieć (podobnie jak nie gra się w znienawidzone gry itp tylko dlatego, że dzieci je lubią). Mam nadzieję, że wie, że jego potrzeby są realnie ważne, nawet jeśli drobiazgowe. Rodzic ma prawo oczekiwać na obiad udka (nawet jeśli kurczak ma dwa a w domu jest dwoje dzieci), mieć ulubiony fotel do którego dzieci nie mają wstępu (jeśli z góry jest to określone) i wolne od biegania i hałasów popołudnie (dzieci mogą się bawić w ogrodzie lub innym pomieszczeniu). Pierwsze rozczarowanie powinno ustąpić tu miejsca akceptacji dla tego stanu rzeczy, a nie do wyrzutów sumienia. Jednak odpowiedzialność za zaspokojenie potrzeb dorosłego spoczywa na tymże własnie dorosłym, nie jego otoczeniu. To on musi sam o siebie zadbać, tak jak dba o swoje małe dziecko. Ta relacja się nie odwraca. Rodzic, który dba o swoje granice, nawet jeśli są dziwne, daje przykład dziecku jak ono ma zadbać o swoje. Tu naprawdę wystarczy komunikat ja potrzebuję... jeśli wiem, co.

 

c.d.n

© W roli rodzica z ASD w tle
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci